Tuż za progiem prawie listopad...
Wraz z nim, jego pierwszy dzień pełen refleksji i zadumy.
Gdzieś w mgle z palących się zniczy
powracające duchy przeszłości.
Czasem udaje się odczarować tę aurę...
Zapachem
Smakiem
Powrotem.
W myślach mam te ponure dni, które zawsze kończyły się
magicznym wieczorem w domu Dziadka...
Te wszystkie miejsca spowite zapachem chryzantem, perfum i zimowych płaszczy
Zmarznięte dłonie poparzone zapałkami
Pocałunki w policzki od nieznanych ludzi (z rodziny wszak dalekiej)
Leśne opuszczone groby zarośnięte mchem
(te małe z pordzewiałym krzyżem zawsze wzbudzały ciekawość)
Później błogosławieństwa, pożegnania,
uściski.
Wreszcie koniec
jedziemy na obiad!
Na tym stole, gdzie już nigdy nie spotkamy się w takim gronie
pojawiały się najpierw kiełbasa domowej roboty, świeży chleb i marynowane grzybki
na szybki kęs po długim i zimnym dniu
A potem - każdy rozcierał ręce i stawał przy piecu
ogień z kuchni węglowej trzaskał i miło parzył w buzię
czajnik już gwizdał na herbatę ...
Następnie wchodziły na kuchenne krążki wielkie gary
stare chochle i najlepsze do mieszania łyżki
rondle i patelnie z pachnącym bigosem,
aromatycznym kapuśniakiem, gęstą kartoflanką,
Głośno i dosadnie smażyły się kotlety - schabowe, na smalcu
lub mielone - wielkie, z chrupiącą skórką..
Za oknem powoli nastawał zmierzch
a my szczęśliwi zasiadaliśmy do tej uczty
pachnącej smażoną cebulą i wędzonką
I gdzieś między dźwiękiem sztućcy
a przyjemnym mruczeniem
siedzieli z nami bliscy
i ci już całkiem nieobecni
a nasze pełne brzuchy dziękowały Bogu za te wieczory
za te kłęby dymu na ścianie
za puste i pełne miejsca
za wspólnie spędzony czas.
Przepisów na dziadkowe potrawy nie da się odtworzyć ...
Nawet receptura nie stanowi sekretu
(i tak nikt ich nie zna!)
Bo przecież patelnia musi być odpowiednia
i kuchnia kaflowa
śmietana swojska
(nie dostaniesz już takiej)
kapusta z własnej spiżarni
i skwarki swoje.
Ale jakimś cudem udało mi się przemycić sporą część tamtego smaku ...
Zebrałam w sobie wspomnienia, całą miłość do smaków dzieciństwa,
przypomniałam sobie to i owo
.... i ugotowałam niemal dziadkowy kapuśniak !
Był cudowny.
Podany z zasmażanymi ziemniakami tłuczonymi.
Idealne danie na chłodny, jesienny dzień.
Taki jak wtedy.
gdybyśmy tylko mogli ...
zjeść go wspólnie !
Kapuśniak (prawie) jak u Dziadka ;)
Składniki:
1 kg dobrej, kwaśnej kapusty kiszonej z marchewką
0,5 kg oczyszczonych żeberek wieprzowych
1 gruby plaster dobrego, wiejskiego wędzonego boczku
2 cebule
2 łyżki domowego smalcu
1 łyżka mąki
przyprawy : pieprz, majeranek, ziele angielskie, liście laurowe
ziemniaki
Przygotowanie:
W oddzielnym garnku gotujemy do miękkości kapustę (wody tyle, by tylko ledwie przykrywałą kapustę)
Do wielkiego gara wkładamy pokrojone żeberka i pół plastra boczku, liście laurowe, ziele angielskie i gotujemy do miękkości mięsa, w międzyczasie zbieramy szumowiny (ja przecedzałam wywar)
Kiedy żeberka są miękkie, oddzielamy mięso od kości, kroimy na mniejsze kawałki, to samo robimy z boczkiem i wrzucamy ponownie do wywaru
Dodajemy miękką kapustę, nie wylewając wody - tą wodą "spod kapusty" regulujemy smak kwaśny
W tym czasie, siekamy cebulę oraz pozostały boczek i smażymy na rumiano na smalcu
Do przesmażonej cebuli, dodajemy łyżkę mąki i podlewamy niewielką ilością wody, w której gotowała się kapusta
Zasmażkę wlewamy do gotującego się wywaru, doprawiamy wg. uznania pieprzem i majerankiem - ja nie dodawałam ani szczypty soli - kapuśniak był wystarczająco słony, lecz dolałam całą wodę spod kapusty.
Gęsty kapuśniak w delikatnym wywarze wg. mojego przepisu:
SMACZNEGO !!!
zdjęcie kuchni pochodzi ze strony http://www.questformore.com/pl/dookola-polski/
zdjęcie kapuśniaku : oczywiście moje własne !
wtorek, 27 października 2015
piątek, 9 października 2015
o czym szumi październikowy wiatr ...
Październik.
Miesiąc mgieł i suchych liści.
Ciepły szal, kubek kakao, może koc a nawet kalosze ...
A może wieczorny spacer, smagane zimnem policzki, dynie na przydrożnych kramach...
Studia. Kiedy pisze to słowo, coś we mnie tańczy.
Kiedy przychodzi październik, wraca za mną nieodparte wspomnienie początku studiów,
nowego rozdziału w życiu, zmian, które otaczały mnie na każdym kroku...
Bo to trochę wszystko było jak jesienny sen.
Sen, który nieprzerwanie trwał trzy lata, był zwariowany i
dużo się w nim działo, a jednocześnie sen, z którego zbyt szybko budzisz się i uświadamiasz sobie, że to co w nim
widziałaś, czułaś, musisz po prostu zachować w pamięci, bo już drugi raz na
pewno tego nie przeżyjesz.
Dziwak ze mnie, skoro lada chwila minie 10 lat od tamtego października,
ale jakaś cząstka mnie nadal tęsknie spogląda w okno autobusu, kiedy mijam uczelnię w blasku jesiennego słońca...
Jakaś cząstka mnie wciąż czuje zapach leśnych grzybów bulgoczących na kuchence,
które Mama podgrzewała po kilka razy kiedy wreszcie późnym wieczorem stawałam w progu domu zmarzmięta, wracając co tchu osobowym pociągiem w oślepiającym blasku jarzeniówek...
Pani. Witamy Panią. Bo
na studiach wszyscy zaczęli mówić do nas „Pan”, „Pani”. Przestaliśmy być
ksywkami, nazwiskami, skrótami. Przynajmniej dla wykładowców. Zaczęliśmy lekcję
przetrwania bycia sobą. Miejsca przestały być znane i oswojone. Nie znałam dróg na skróty. Wszystkie trzeba było przetrzeć na nowo, nie bać się, odważnym krokiem gnać przez ulice, zakamarki, rozmowy.
Jak
przez mgłę pamiętam tą jesień.
Pamiętam, że długi czas jeździłam w kurtce dżinsowej i złotych balerinach,
przez które byłam dobrze rozpoznawana. Aż do momentu, w którym mama już mnie
nie chciała puścić z domu w tym stroju. Kazała więc żebym kupiłą sobie kozaki ale jak już wreszcie dumna z nimi przyjechałam to usłyszałam tylko, że już chyba cieplejsze miałam te baletki ! :)
Tamten magiczny październik wiele mi dał.
Poznałam wspaniałych ludzi, nowe cudowne miejsca, odkryłam nową siebie.
Wtedy dużo graliśmy w karty, piliśmy piwo, jesień rozpanoszyła się na dobre,
To był
jakiś magicznie szalony czas. Nie weszły jeszcze w ponowny (wszak!) obieg dżinsy-rurki, jeszcze kozaki z
czubem się nosiło bez obciachu;)
Nigdy nie odczułam żadnego szpanu, niepotrzebnego blichtru, nie było sztucznych rzęs.
Nie było Insta i Fejsa :) Brzmi prawie jak epoka kamienia łupanego ?!
Czy my mieliśmy wtedy
jakieś zmartwienia? Nie sądzę. Czy myśleliśmy o kupnie mieszkania, Internecie LTE,
podwyżce w pracy?
Nie! Nie, bo wtedy tego wszystkiego nie mieliśmy i nie
chcieliśmy mieć.
Liczyło się tylko to, co jest,nasze chwile i nasz czas.
Nic więc dziwnego, że kiedy tylko zrywam kartkę z kalendarza i moim oczom ukazuje się kolejny już 1 października, uśmiecham się do siebie.
Za tamten październik.
środa, 9 września 2015
Pomarzyć chwilę tak zwyczajnie ... jak dziś
Tak to ze mną jest że czasem coś postanowię ...
i nic z tego.
Czasem obiecuję, przysięgam, naprawdę bardzo chcę...
nie wychodzi i już.
Tak jest i z tym blogiem...
tak bardzo chciałabym nadać mu rozpędu, magicznych skrzydeł,
wiatru w plecy i duszy.
Próbuję.
Czasem na pewno każdemu z nas zdarzają się takie dni jak dziś.
Mogą spotkać nas na spacerze w parku,
na kawie pod parasolką,
dni pełne czegoś pozytywnego !
Wrześniowe, słoneczne, zielono-niebieskie.
Dni, kiedy coś zwalnia, coś dodaje energii
Dni wolne od pracy, która nie przynosi satysfakcji.
Dni, w które powoli piję zieloną herbatę
i marzę o tym by zegary stanęły,
by Ci, których kocham, smacznie spali po ciężkiej nocy,
by wiatr za oknem strącał niespiesznie żółte liście,
by na kuchence bulgotały knedle ze śliwkami...
Takie dni jak te pozwalają mi odetchnąć,
zatrzymać się na chwilę,
wyciągnąć dłoń w stronę marzeń i zakurzonych myśli ...
( czasami to już tylko one pomagają jakoś przetrwać :)
Oderwać się od codziennej gonitwy nie jest łatwo,
ale mam nadzieję, że wkrótce wszystko wejdzie na nowe, lepsze tory.
Czeka nas długa i cudna jesień.
Poczekamy na nią i zobaczymy ....
i nic z tego.
Czasem obiecuję, przysięgam, naprawdę bardzo chcę...
nie wychodzi i już.
Tak jest i z tym blogiem...
tak bardzo chciałabym nadać mu rozpędu, magicznych skrzydeł,
wiatru w plecy i duszy.
Próbuję.
Czasem na pewno każdemu z nas zdarzają się takie dni jak dziś.
Mogą spotkać nas na spacerze w parku,
na kawie pod parasolką,
dni pełne czegoś pozytywnego !
Wrześniowe, słoneczne, zielono-niebieskie.
Dni, kiedy coś zwalnia, coś dodaje energii
Dni wolne od pracy, która nie przynosi satysfakcji.
Dni, w które powoli piję zieloną herbatę
i marzę o tym by zegary stanęły,
by Ci, których kocham, smacznie spali po ciężkiej nocy,
by wiatr za oknem strącał niespiesznie żółte liście,
by na kuchence bulgotały knedle ze śliwkami...
Takie dni jak te pozwalają mi odetchnąć,
zatrzymać się na chwilę,
wyciągnąć dłoń w stronę marzeń i zakurzonych myśli ...
( czasami to już tylko one pomagają jakoś przetrwać :)
Oderwać się od codziennej gonitwy nie jest łatwo,
ale mam nadzieję, że wkrótce wszystko wejdzie na nowe, lepsze tory.
Czeka nas długa i cudna jesień.
Poczekamy na nią i zobaczymy ....
środa, 20 maja 2015
poetów świat cz. 1
O wierszach słów kilka, o poezji.
Tamtej dziewczynie,
którą w głębi duszy nadal jestem.
Poetów świat był na wiele lat zapomniany,
odłożony na później... a przecież tak kiedyś bliski.
artyści, buntownicy, często outsaiderzy.
a później już tylko niekończące się natchnienie
i bezsenne nieletnie noce spędzone nad kartką papieru...
Wracając do poezji, to wspomnieć muszę okres mojego
"buntu młodzieńczego",
lecz raczej w pozytywnym jego znaczeniu !
Bo choć miałam swoje "odchyły od normy"
to ogólnie świat wokół mnie nie wydawał mi się wrogi, obcy i zły.
Ze mną było zupełnie na odwrót !
Wszystko wtedy było dla mnie piękne, proste, łatwe i dobre.
(oczywiście pomijając takie rzeczy jak klasówki, nauczycieli, nieprzygotowania, pały z matematyki, szlabany za złe oceny, małe kieszonkowe i sobotniego kaca :)
Tamtej dziewczynie,
którą w głębi duszy nadal jestem.
Poetów świat był na wiele lat zapomniany,
odłożony na później... a przecież tak kiedyś bliski.
Świat ten pełen zaklęć i słów,
niezrozumiałych symboli i metafor,
a w nim - romantycy, patrioci,artyści, buntownicy, często outsaiderzy.
Te zaszyfrowane wersy,
emocje i niedopowiedzenia
a moja głowa dzięki nim pełna rozmyślań,
w duszy młodzieńcza ciekawość ich spojrzenia na życiea później już tylko niekończące się natchnienie
i bezsenne nieletnie noce spędzone nad kartką papieru...
A to wszystko po to,
aby wyrazić siebie.
Zastanawiam się teraz, czy każdy w życiu napisał choć jeden wiersz ?
(prócz tego, który KTOŚ KAZAŁ napisać w szkole ?) - ten się nie liczy ! :)
aby wyrazić siebie.
Pisałam kiedyś mnóstwo
wierszy
(lub czegoś, co wydawało mi się być wierszami)
Całe stosy, całe zeszyty.
Po prostu czułam, że muszę ubrać swoje emocje w słowa,
Całe stosy, całe zeszyty.
Po prostu czułam, że muszę ubrać swoje emocje w słowa,
które tylko mi wydawały się zrozumiałe.
Słowa
- klucze, które pomogły mi wtedy odnaleźć mi się w życiu.
Pozbierać wszystko co wtedy miałam i poukładać po swojemu.
Pozbierać wszystko co wtedy miałam i poukładać po swojemu.
(prócz tego, który KTOŚ KAZAŁ napisać w szkole ?) - ten się nie liczy ! :)
Wracając do poezji, to wspomnieć muszę okres mojego
"buntu młodzieńczego",
lecz raczej w pozytywnym jego znaczeniu !
Bo choć miałam swoje "odchyły od normy"
to ogólnie świat wokół mnie nie wydawał mi się wrogi, obcy i zły.
Ze mną było zupełnie na odwrót !
Wszystko wtedy było dla mnie piękne, proste, łatwe i dobre.
(oczywiście pomijając takie rzeczy jak klasówki, nauczycieli, nieprzygotowania, pały z matematyki, szlabany za złe oceny, małe kieszonkowe i sobotniego kaca :)
Marzyciele, poeci, muzycy. Tacy wtedy byliśmy.
Poeci ? - ktoś zapyta.
No właśnie...
Wszystkie tamte szczere rozmowy i nasze marzenia,
wspólne chwile i przyjaźń
skierowały nas ku jednemu - do fascynacji poezją,
do świata wierszy
do tragicznych postaci, poetów-wyklętych (również)
i etosów prawdziwych bohaterów.
Mieliśmy dostęp do wierszy głównie ze szkolnej biblioteki..
Nie żadne tam "Internety" ... :) - kto to miał !?
Więc wypożyczaliśmy kolejne pozycje,
zainteresowanie rosło.
Ten świat wciągnął nas niespodziewanie
(podobnie zresztą jak świat muzyki, koncertów, wiecznych balang i wagarów)
i zatoczył szerokie koło - zanim potrafiliśmy sami,
zanim próbowaliśmy i my.
Więc i ja pisałam i tworzyłam rzeczywistość, której nikt nie mógł zrozumieć
do której dostęp miałam tylko Ja.
Wymyśliłam sobie nawet, że kiedyś ...(wtedy to dla mnie była bardzo odległa przyszłość, której nie potrafiłam sobie tak naprawdę wyobrazić)
- kiedy już będę mieszkać w stolicy
wielki świat tego miasta przygarnie mnie i moje wiersze
oddam je do wydawnictwa
będę rozsyłać to tu to tam...
I będę miała własny tomik poezji.
Aha....
Figa.
Wiem doskonale gdzie dzisiaj leżą,
dokładnie tam, gdzie odłożyłam tą dobrze mi znaną stertę kartek i notatek
kiedy napisałam WTEDY OSTATNI.
Szkoła się skończyła.
Poeci rozjechali się po świecie...
Życie zawirowało, zastygło, zatrzęsło...
Przestałam pisać,
przestałam czytać poezję
I tak poetów świat odszedł gdzieś w zapomnienie ...
Chociaż to przecież właśnie słowo zostaje
więc zostały na zawsze tamte myśli i uczucia
złe i dobre
na zawsze
tam, gdzie schowałam wersy dobrze mi znane,
zaczarowane.
sobota, 9 maja 2015
upiększanie zwyczajności. O vintage i nie tylko.
Napisać,
co czuję?
Otóż,
uwielbiam rustykalność form,
wiejską prostotę detali ukrytych gdzieś w zakamarkach domów i miejsc...
Oglądam się za tym wszędzie,
zamyślam się
i zanurzam w tej fascynacji.
Kocham upiększać świat własnymi oczami i spojrzeniem na wszystko wokół inaczej...
wiejską prostotę detali ukrytych gdzieś w zakamarkach domów i miejsc...
Oglądam się za tym wszędzie,
zamyślam się
i zanurzam w tej fascynacji.
Kocham upiększać świat własnymi oczami i spojrzeniem na wszystko wokół inaczej...
Czyż dzisiaj nie wzbudzają sentymentalnej podróży w czasie widoki takie jak :
stary dzban wypełniony sokiem z malin,
drewniane łyżki przypalone od powideł,
fotografie naszych Dziadków kiedy byli młodzi,
wstążeczka zachowana z tamtych lat,
kolorowa misa pełna czereśni,
latarenka zawieszona pod daszkiem na ganku,
poupychane w szafach lniane obrusy (ile pamiętają rodzinnych spotkań!),
ręcznie malowana porcelana (a niech będzie i ta z pękniętym uchem) ...
To wszystko, co może niektórym wydaje się takie proste i zwyczajne,drewniane łyżki przypalone od powideł,
fotografie naszych Dziadków kiedy byli młodzi,
wstążeczka zachowana z tamtych lat,
kolorowa misa pełna czereśni,
latarenka zawieszona pod daszkiem na ganku,
poupychane w szafach lniane obrusy (ile pamiętają rodzinnych spotkań!),
ręcznie malowana porcelana (a niech będzie i ta z pękniętym uchem) ...
choć pewnie w głębi duszy wiedzą, że jest to coś nadzwyczaj swojskiego,
co przywołuje miłe wspomnienie i ukłucie w sercu,
rzeczy przywołujące sny o lekkości czasu i miejsc,
w których godziny płyną niespiesznie..
Ale czy my -"pokolenie Ikea" jeszcze coś takiego zauważamy ...?
Od zawsze była we mnie ciekawość życia na wsi, otaczającej natury,
miłość do magicznych rzeczy poupychanych na półkach babcinego kredensu,
szpule nawiniętych nici i puzderka pełne guzików,
życie gdzieś daleko od zgiełku i pogoni za sukcesem, pieniędzmi
oraz pasja słuchania historii prostych ludzi i widok ich spracowanych rąk ...
A widzieliście, że oni zawsze są uśmiechnięci i wydają się być szczęśliwi ?
Zostawiłam więc w sobie tę tęskonotę za domem pośród pól i łąk,
a wraz z nią, obraz starych jabłoni i wiśni "szklanek",
tęsknotę za smakiem wojskowego chleba
i ciepła od pieca w zimowe wieczory ...
i ciepła od pieca w zimowe wieczory ...
Za szeptem różańca odmawianego po zmroku,
brzękiem owadów zlatujących się wieczorem do kuchennej lampy,
chabrami pod krzywym płotem i kurzem na leśnej ścieżce,
zapachem pieczonych ziemniaków wybieranych z popiołu,
brzękiem owadów zlatujących się wieczorem do kuchennej lampy,
chabrami pod krzywym płotem i kurzem na leśnej ścieżce,
zapachem pieczonych ziemniaków wybieranych z popiołu,
za ciszą i życiem w zgodzie z porami roku,
dnia i nocy....
dnia i nocy....
gdzie niemal każdy dzień zdominował pęd czasu (a w zasadzie jego ciągły brak)
to jednak ciągle mam w sobie fascynację tym
co przedziwnie rustykalne,
piękne, delikatne,
naturalne i pierwotne.
Co wyniosłam z tych właśnie wspomnień.
Bo wierzę też, że to pozytywne wspomnienia kształtują w przyszłości
naszą wrażliwość.
Nasze małe "ja".
naturalne i pierwotne.
Co wyniosłam z tych właśnie wspomnień.
Bo wierzę też, że to pozytywne wspomnienia kształtują w przyszłości
naszą wrażliwość.
Nasze małe "ja".
Teraz, w codziennym życiu, często inspiracja do wielu rzeczy przychodzi do mnie właśnie z najprostszych miejsc i widoków.
Z zapachu ogrodu, kolorami warzyw, zachodami słońca.
Dlatego tak bliski jest mi ten styl - wiejski, trochę vintage, prowansalski, małomiasteczkowy ale jednocześnie gustowny, choć niewyrafinowany.
Z zapachu ogrodu, kolorami warzyw, zachodami słońca.
Dlatego tak bliski jest mi ten styl - wiejski, trochę vintage, prowansalski, małomiasteczkowy ale jednocześnie gustowny, choć niewyrafinowany.
Miękko, przytulnie, świeże kwiaty w wazonach, wokół ceramika i drewno...
Możesz poczuć się dobrze, ale tylko wtedy, gdy docenisz małe przyjemności jakie Cię spotykają ...
Możesz poczuć się dobrze, ale tylko wtedy, gdy docenisz małe przyjemności jakie Cię spotykają ...
Przychodzisz ze spaceru, parzysz kawę , nalewasz ją do porcelanowych filiżanek, wyjmujesz zakupy prosto od lokalnych producentów, kroisz zioła z ogrodu, wkładasz pachnące peonie do wazonu a potem mieszasz ciasto drewnianą łyżką, które za chwilę pachnie w całym domu...
Wspomnienia i pragnienia. Uśmiechy i wzruszenia. Celebrowanie miejsc.
Powolne spacery o zmierzchu i świcie kiedy rosa moczy stopy.
Wypatrywanie bocianów, zbieranie kwiatów lipy, wekowanie przetworów na zimę.
Nie chciałabym, aby o tym zapomniano...
Nie chciałabym, aby o tym zapomniano...
Tajemnica
i obietnica.
Marzenie i oczekiwanie.
Podróż w przeszłość pełną dobrych wspomnień.
Kolory i zapachy.
Smaki i chwile.
Chwile pełne miłości do życia.
Marzenie i oczekiwanie.
Podróż w przeszłość pełną dobrych wspomnień.
Kolory i zapachy.
Smaki i chwile.
Chwile pełne miłości do życia.
sobota, 11 kwietnia 2015
kraina dzieciństwa - fiołki
Gdyby każdy z nas miałby wymienić kilka najpiękniejszych w swoim życiu
lat, dni i chwil,
tych, które trzyma gdzieś w zakamarkach duszy,
tych, które pozostawiły po sobie jedynie dobre wspomnienia
Kilka takich stanów umysłu, ducha i ciała...
Ludzi, rzeczy i miejsc ...
Pór roku, smaków i zapachów
wywołujących szczery uśmiech i radość duszy
to...
Założę się, że z pewnością jest COŚ, co łączy te wszystkie rzeczy ...
a jest to nic innego, jak ...
d z i e c i ń s t w o
i nie chcę pisać tych wszystkich cudownościach jakie nas wtedy spotykały,
było o tym wiele dobrych tekstów... jak choćby z bloga Venila Kostis http://venilakostis.com/dziecinstwo-w-latach-90/
czy inne podobne... ♥
Bo każdy z nas ma takie chwile ze swojego dzieciństwa,
które są jedyne i niepowtarzalne tylko dla niego...
I ja również mam tych wspomnień całe niezliczone "biliony-trylionów" (jak to się mawiało w dzieciństwie :)
A dziś chciałam tylko wspomnieć o jednej, malutkiej wiosennej namiastce dzieciństwa - a mianowicie... o wyprawach na fiołki ♥
Wiosną jak co roku, razem z całym tabunem koleżanek z osiedla,
wyprawiałyśmy się z siostrą na fiołki do pobliskiego parku :)
Oczywiście, starsze trzymały się razem, młodsze razem no bo gdzie tam takie "doświadczone" zbieraczki kwiatków do tych "dzieciaków" :)
Wyprawy trwały dość długo, niemal całe dnie, czasem połączone były z dość szalonymi przygodami (tak to w parkach bywa :)
Ale najlepszy był i tak powrót do D O M U ♥
i nieodłączny element jakim było rozłożenie przez Mamę "bukietów" do małych kieliszków (a jakże! Nie było mowy o żadnych tam mini-wazonikach! :)
i rozkoszowanie się tym cudownym zapachem przez kilka następnych dni !!!
I ja dziś postanowiłam wyruszyć na swoją mini-wyprawę po fiołki właśnie
a na ich widok powróciły wszystkie fiołkowe wspomnienia tamtych wiosen :)
Zachęcam do wyjścia do lasu, parku,
gdziekolwiek... Rozejrzyjcie się wokół,
popatrzcie inaczej... A może to właśnie tam odnajdziecie swoje własne wspomnienia z dzieciństwa !
niedziela, 5 kwietnia 2015
Ks. Jan Twardowski
Wielkanocny pacierz
Nie umiem być srebrnym aniołem
ni gorejącym krzakiem
tyle zmartwychwstań już przeszło
a serce mam byle jakie.
ni gorejącym krzakiem
tyle zmartwychwstań już przeszło
a serce mam byle jakie.
Wiatr gra mi na kościach mych psalmy
jak na koślawej fujarce
żeby choć papież spojrzał
na mnie - przez białe swe palce.
jak na koślawej fujarce
żeby choć papież spojrzał
na mnie - przez białe swe palce.
Żeby choć Matka Boska
przez chmur zabite wciąż deski
uśmiech mi Swój zesłała
jak ptaszka we mgle niebieskiej.
przez chmur zabite wciąż deski
uśmiech mi Swój zesłała
jak ptaszka we mgle niebieskiej.
I wiem, gdy łzę swoją trzymam
jak złoty kamyk z procy
zrozumie mnie mały Baranek
z najcichszej Wielkiej Nocy.
jak złoty kamyk z procy
zrozumie mnie mały Baranek
z najcichszej Wielkiej Nocy.
Pyszczek położy na ręku
sumienia wywróci podszewkę
serca mego ocali
czerwoną chorągiewkę.
sumienia wywróci podszewkę
serca mego ocali
czerwoną chorągiewkę.
Po świątecznym śniadaniu, Chill ZET. Cudnie gra.
I post! I wiersz nawet. A w nim troszkę zadumy, refleksji...
A co za tym idzie, mały powrót do pisania, mam nadzieję, że tym razem częściej, lepiej i nie raz na rok bo cóż co wtedy jest za blog, to raczej jak zakurzony pamiętnik wyciągany z szuflady, ale nawet w nim pisałam niemal codziennie...
Tak więc postanowienie poprawy, mała pokuta, chwila zatrzymania się, zapisania, ukojenia duszy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








