piątek, 9 października 2015

o czym szumi październikowy wiatr ...

Październik.
Miesiąc mgieł i suchych liści.
Ciepły szal, kubek kakao, może koc a nawet kalosze ...
A może wieczorny spacer, smagane zimnem policzki, dynie na przydrożnych kramach...

Studia. Kiedy pisze to słowo, coś we mnie tańczy.

Kiedy przychodzi październik, wraca za mną nieodparte wspomnienie początku studiów,
nowego rozdziału w życiu, zmian, które otaczały mnie na każdym kroku...
Bo to trochę wszystko było jak jesienny sen.
Sen, który nieprzerwanie trwał trzy lata, był zwariowany i dużo się w nim działo, a jednocześnie sen, z którego zbyt szybko budzisz się i uświadamiasz sobie, że to co w nim widziałaś, czułaś, musisz po prostu zachować w pamięci, bo już drugi raz na pewno tego nie przeżyjesz. 


Dziwak ze mnie, skoro lada chwila minie 10 lat od tamtego października, 
ale jakaś cząstka mnie nadal tęsknie spogląda w okno autobusu, kiedy mijam uczelnię w blasku jesiennego słońca...
Jakaś cząstka mnie wciąż czuje zapach leśnych grzybów bulgoczących na kuchence, 
które Mama podgrzewała po kilka razy kiedy wreszcie późnym wieczorem stawałam w progu domu zmarzmięta, wracając co tchu osobowym pociągiem w oślepiającym blasku jarzeniówek... 

Pani. Witamy Panią. Bo na studiach wszyscy zaczęli mówić do nas „Pan”, „Pani”. Przestaliśmy być ksywkami, nazwiskami, skrótami. Przynajmniej dla wykładowców. Zaczęliśmy lekcję przetrwania bycia sobą. Miejsca przestały być znane i oswojone. Nie znałam dróg na skróty. Wszystkie trzeba było przetrzeć na nowo, nie bać się, odważnym krokiem gnać przez ulice, zakamarki, rozmowy. 

Jak przez mgłę pamiętam tą jesień.
Pamiętam, że długi czas jeździłam w kurtce dżinsowej i złotych balerinach, przez które byłam dobrze rozpoznawana. Aż do momentu, w którym mama już mnie nie chciała puścić z domu w tym stroju. Kazała więc żebym kupiłą sobie kozaki ale jak już wreszcie dumna z nimi przyjechałam to usłyszałam tylko, że już chyba cieplejsze miałam te baletki ! :) 

Tamten magiczny październik wiele mi dał.
Poznałam wspaniałych ludzi, nowe cudowne miejsca, odkryłam nową siebie.

Wtedy dużo graliśmy w karty, piliśmy piwo, jesień rozpanoszyła się na dobre, 
To był jakiś magicznie szalony czas. Nie weszły jeszcze w ponowny (wszak!) obieg dżinsy-rurki, jeszcze kozaki z czubem się nosiło bez obciachu;) 
Nigdy nie odczułam żadnego szpanu, niepotrzebnego blichtru, nie było sztucznych rzęs.
Nie było Insta i Fejsa :) Brzmi prawie jak epoka kamienia łupanego ?! 

Czy my mieliśmy wtedy jakieś zmartwienia? Nie sądzę. Czy myśleliśmy o kupnie mieszkania, Internecie LTE, podwyżce w pracy? 
Nie! Nie, bo wtedy tego wszystkiego nie mieliśmy i nie chcieliśmy mieć. 
Liczyło się tylko to, co jest,nasze chwile i nasz czas. 

Nic więc dziwnego, że kiedy tylko zrywam kartkę z kalendarza i moim oczom ukazuje się kolejny już 1 października, uśmiecham się do siebie. 
Za tamten październik.

Co szumi w parku notatek naszym śmiechem...







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz