Tuż za progiem prawie listopad...
Wraz z nim, jego pierwszy dzień pełen refleksji i zadumy.
Gdzieś w mgle z palących się zniczy
powracające duchy przeszłości.
Czasem udaje się odczarować tę aurę...
Zapachem
Smakiem
Powrotem.
W myślach mam te ponure dni, które zawsze kończyły się
magicznym wieczorem w domu Dziadka...
Te wszystkie miejsca spowite zapachem chryzantem, perfum i zimowych płaszczy
Zmarznięte dłonie poparzone zapałkami
Pocałunki w policzki od nieznanych ludzi (z rodziny wszak dalekiej)
Leśne opuszczone groby zarośnięte mchem
(te małe z pordzewiałym krzyżem zawsze wzbudzały ciekawość)
Później błogosławieństwa, pożegnania,
uściski.
Wreszcie koniec
jedziemy na obiad!
Na tym stole, gdzie już nigdy nie spotkamy się w takim gronie
pojawiały się najpierw kiełbasa domowej roboty, świeży chleb i marynowane grzybki
na szybki kęs po długim i zimnym dniu
A potem - każdy rozcierał ręce i stawał przy piecu
ogień z kuchni węglowej trzaskał i miło parzył w buzię
czajnik już gwizdał na herbatę ...
Następnie wchodziły na kuchenne krążki wielkie gary
stare chochle i najlepsze do mieszania łyżki
rondle i patelnie z pachnącym bigosem,
aromatycznym kapuśniakiem, gęstą kartoflanką,
Głośno i dosadnie smażyły się kotlety - schabowe, na smalcu
lub mielone - wielkie, z chrupiącą skórką..
Za oknem powoli nastawał zmierzch
a my szczęśliwi zasiadaliśmy do tej uczty
pachnącej smażoną cebulą i wędzonką
I gdzieś między dźwiękiem sztućcy
a przyjemnym mruczeniem
siedzieli z nami bliscy
i ci już całkiem nieobecni
a nasze pełne brzuchy dziękowały Bogu za te wieczory
za te kłęby dymu na ścianie
za puste i pełne miejsca
za wspólnie spędzony czas.
Przepisów na dziadkowe potrawy nie da się odtworzyć ...
Nawet receptura nie stanowi sekretu
(i tak nikt ich nie zna!)
Bo przecież patelnia musi być odpowiednia
i kuchnia kaflowa
śmietana swojska
(nie dostaniesz już takiej)
kapusta z własnej spiżarni
i skwarki swoje.
Ale jakimś cudem udało mi się przemycić sporą część tamtego smaku ...
Zebrałam w sobie wspomnienia, całą miłość do smaków dzieciństwa,
przypomniałam sobie to i owo
.... i ugotowałam niemal dziadkowy kapuśniak !
Był cudowny.
Podany z zasmażanymi ziemniakami tłuczonymi.
Idealne danie na chłodny, jesienny dzień.
Taki jak wtedy.
gdybyśmy tylko mogli ...
zjeść go wspólnie !
Kapuśniak (prawie) jak u Dziadka ;)
Składniki:
1 kg dobrej, kwaśnej kapusty kiszonej z marchewką
0,5 kg oczyszczonych żeberek wieprzowych
1 gruby plaster dobrego, wiejskiego wędzonego boczku
2 cebule
2 łyżki domowego smalcu
1 łyżka mąki
przyprawy : pieprz, majeranek, ziele angielskie, liście laurowe
ziemniaki
Przygotowanie:
W oddzielnym garnku gotujemy do miękkości kapustę (wody tyle, by tylko ledwie przykrywałą kapustę)
Do wielkiego gara wkładamy pokrojone żeberka i pół plastra boczku, liście laurowe, ziele angielskie i gotujemy do miękkości mięsa, w międzyczasie zbieramy szumowiny (ja przecedzałam wywar)
Kiedy żeberka są miękkie, oddzielamy mięso od kości, kroimy na mniejsze kawałki, to samo robimy z boczkiem i wrzucamy ponownie do wywaru
Dodajemy miękką kapustę, nie wylewając wody - tą wodą "spod kapusty" regulujemy smak kwaśny
W tym czasie, siekamy cebulę oraz pozostały boczek i smażymy na rumiano na smalcu
Do przesmażonej cebuli, dodajemy łyżkę mąki i podlewamy niewielką ilością wody, w której gotowała się kapusta
Zasmażkę wlewamy do gotującego się wywaru, doprawiamy wg. uznania pieprzem i majerankiem - ja nie dodawałam ani szczypty soli - kapuśniak był wystarczająco słony, lecz dolałam całą wodę spod kapusty.
Gęsty kapuśniak w delikatnym wywarze wg. mojego przepisu:
SMACZNEGO !!!
zdjęcie kuchni pochodzi ze strony http://www.questformore.com/pl/dookola-polski/
zdjęcie kapuśniaku : oczywiście moje własne !
wtorek, 27 października 2015
piątek, 9 października 2015
o czym szumi październikowy wiatr ...
Październik.
Miesiąc mgieł i suchych liści.
Ciepły szal, kubek kakao, może koc a nawet kalosze ...
A może wieczorny spacer, smagane zimnem policzki, dynie na przydrożnych kramach...
Studia. Kiedy pisze to słowo, coś we mnie tańczy.
Kiedy przychodzi październik, wraca za mną nieodparte wspomnienie początku studiów,
nowego rozdziału w życiu, zmian, które otaczały mnie na każdym kroku...
Bo to trochę wszystko było jak jesienny sen.
Sen, który nieprzerwanie trwał trzy lata, był zwariowany i
dużo się w nim działo, a jednocześnie sen, z którego zbyt szybko budzisz się i uświadamiasz sobie, że to co w nim
widziałaś, czułaś, musisz po prostu zachować w pamięci, bo już drugi raz na
pewno tego nie przeżyjesz.
Dziwak ze mnie, skoro lada chwila minie 10 lat od tamtego października,
ale jakaś cząstka mnie nadal tęsknie spogląda w okno autobusu, kiedy mijam uczelnię w blasku jesiennego słońca...
Jakaś cząstka mnie wciąż czuje zapach leśnych grzybów bulgoczących na kuchence,
które Mama podgrzewała po kilka razy kiedy wreszcie późnym wieczorem stawałam w progu domu zmarzmięta, wracając co tchu osobowym pociągiem w oślepiającym blasku jarzeniówek...
Pani. Witamy Panią. Bo
na studiach wszyscy zaczęli mówić do nas „Pan”, „Pani”. Przestaliśmy być
ksywkami, nazwiskami, skrótami. Przynajmniej dla wykładowców. Zaczęliśmy lekcję
przetrwania bycia sobą. Miejsca przestały być znane i oswojone. Nie znałam dróg na skróty. Wszystkie trzeba było przetrzeć na nowo, nie bać się, odważnym krokiem gnać przez ulice, zakamarki, rozmowy.
Jak
przez mgłę pamiętam tą jesień.
Pamiętam, że długi czas jeździłam w kurtce dżinsowej i złotych balerinach,
przez które byłam dobrze rozpoznawana. Aż do momentu, w którym mama już mnie
nie chciała puścić z domu w tym stroju. Kazała więc żebym kupiłą sobie kozaki ale jak już wreszcie dumna z nimi przyjechałam to usłyszałam tylko, że już chyba cieplejsze miałam te baletki ! :)
Tamten magiczny październik wiele mi dał.
Poznałam wspaniałych ludzi, nowe cudowne miejsca, odkryłam nową siebie.
Wtedy dużo graliśmy w karty, piliśmy piwo, jesień rozpanoszyła się na dobre,
To był
jakiś magicznie szalony czas. Nie weszły jeszcze w ponowny (wszak!) obieg dżinsy-rurki, jeszcze kozaki z
czubem się nosiło bez obciachu;)
Nigdy nie odczułam żadnego szpanu, niepotrzebnego blichtru, nie było sztucznych rzęs.
Nie było Insta i Fejsa :) Brzmi prawie jak epoka kamienia łupanego ?!
Czy my mieliśmy wtedy
jakieś zmartwienia? Nie sądzę. Czy myśleliśmy o kupnie mieszkania, Internecie LTE,
podwyżce w pracy?
Nie! Nie, bo wtedy tego wszystkiego nie mieliśmy i nie
chcieliśmy mieć.
Liczyło się tylko to, co jest,nasze chwile i nasz czas.
Nic więc dziwnego, że kiedy tylko zrywam kartkę z kalendarza i moim oczom ukazuje się kolejny już 1 października, uśmiecham się do siebie.
Za tamten październik.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


